poniedziałek, 10 lipca 2017

Tatry - na starośc pierwszy raz


Wiele razy byłem w Tatrach po stronie Polskiej. Było to jednak dawno. 

Ostatnimi laty przemierzałem Tatry po stronie słowackiej - jest tam po prostu przyjemniej. Ciszej. Mniej ludzi. Nie ma takiej stonki turystów jak u nas i chyba większa kultura w górach.

Ostatnimi laty wiele wędrowałem po górach na Ukrainie, a właściwie to co kiedyś było nasze. 

Ale, że jeszcze będę wędrować po Tatrach w taki sposób, to nie myślałem. To nie był mój pomysł.

Moja Córcia zastanawiała się co tacie sprawić na imieniny i nie tylko.
No i wpadła na pomysł. Zafundowała Łomnicę i Mnicha - to zostało zrealizowane, choć plany pierwotnie były ambitniejsze.

Poprzedniego dnia Łomnicę zdobywałem i zdobyłem - nie kolejką, lecz na własnych nogach rękach i kolanach. Pierwszy raz w życiu wspinałem się w górach w rynsztunku taternickim. No, ale wszystko robi się pierwszy raz.

Niestety pogoda była do kitu i niewiele było widać poza pobliskimi skałkami. Mieliśmy w planie Gerlach, ale cóż pogoda nie napawała optymizmem. Wprawdzie nie padało, ale nie było widoków - na doliny poniżej.

Wspinać się bez perspektyw zobaczenia dolin i otoczenia to trochę sztuka dla sztuki.

W takiej sytuacji nasz przewodnik zaproponował Mnicha nad Morskim Okiem.
Co to jest Morskie Oko nie muszę tłumaczyć. A Mnich - szczyt o wysokości 2068 m n.p.m. Kultowa góra taterników. Kultowy szczyt tatrzański. Niedostępny dla zwykłego śmiertelnika.

Zarys góry jest symbolem umieszczonym na odznakach przewodników tatrzańskich. Sylwetka tego szczytu jest charakterystycznym elementem panoramy Tatr Wysokich - patrząc z nad Morskiego Oka. Kształtem góra przypomina postać siedzącego mnicha w kapturze. Mnie tam bardziej kojarzy się z piramidą.Szczyt opisywany był również przez poetów, występował w filmach.

Dla mnie było najważniejsze, że zmierzę się z ta górą i pierwszy raz posmakuję prawdziwego Taternictwa - tak przez duże T. 

Nocowaliśmy po stronie Słowackiej, a więc ranna pobudka - 4.00. Jeszcze ciemno. Śniadanko i ruszamy autkiem na stronę Polską. Pogoda taka sobie - na szczęście nie pada.

W Łysej Polanie spotkanie z przewodnikiem i dalej jazda autkiem do Morskiego Oka. Muszę przyznać, że zdecydowanie przyjemniejsza niż maszerowanie po asfalcie. Do tego pusto [jest 5.30 rano] - jedynie pojedyńcze osoby wędrujące do góry przed tym co nastąpi później, gdy przyjadą tłumy ludzi.

Godzina 6.00 jesteśmy nad Morskim Okiem. Jak fajnie cicho i pusto. W dali z chmur wyłaniają się górki. Tam gdzieś mamy iść.


W dali wyłania się stożek - cel wędrówki.


Ruszamy - początkowo idziemy nad Morskim Okiem - jeszcze szaro. No cóż pogoda pochmurna.


Powolna i monotonna wspinaczka górską ścieżką.


Coraz wyżej w dali zostało schronisko - pewnie zaczyna przybywać tłum.



Widać cel wędrówki.

Ale to jeszcze kawałek.

Idziemy drogą, którą wiedzie szlak. Wybudowana została bardzo dawno. Zastanawiam się, czy po wojnie wybudowano jakieś nowe ścieżki. Zapytałem przewodnika. Potem jeszcze parę osób. Pytanie bez odpowiedzi.


Rozgałęzienie szlaków - prosto na Wrota Chałbińskiego, 
a w prawo na Szpiglasową Przełęcz.
Idziemy jeszcze kawałek czerwonym szlakiem.

No cóż góry znów w chmurach. Nie wygląda to ciekawie.

Powoli zbliżamy się do właściwej wędrówki - szkoda że nie ma słonecznej pogody. Upał już nie groziłby bo to wrzesień.

Teraz idziemy już ścieżką nie dostępną dla zwykłych turystów. Mamy przepustkę w postaci przewodnika.

Cel wędrówki.
W dali doliny.
Coraz bliżej - choć właściwa zabawa jeszcze przede mną.

Co chwilę zmienia się sceneria. Jak kurtyna w teatrze. Chmury jaz przesłaniają góry, aby po chwili je odsłonić.
A to kto. Spotykamy grupkę schodzącą już z góry. 
I tu małe zaskoczenie - przynajmniej dla mnie. 
Facet w wieku ponad 70 lat. A więc przy nim byłem małolatem.

Otoczenie nie wygląda ciekawie. Chmury. Na szczęście nie wieje i nie pada.


No i zaczyna się zabawa. Niestety aparat musiał powędrować do plecaka. Pierwszy raz szedłem na linie i w uprzęży. Musiałem zwracać uwagę na inne rzeczy niż aparat.

I wreszcie na szczycie - płaszczyzna o powierzchni około 3 m2. Trochę mało miejsca jak na trzy osoby, ale nie było tak źle. Przeszkadzała trochę boląca ręka, gdyż miesiąc prędzej na krosie rowerowym miałem niekontrolowane lądowanie i naderwałem ścięgno. No cóż przyjemności kosztują. A teraz pytanie do ojców - który da radę z własnym dzieckiem w wieku ...... chodzić po górach w ten sposób. Bywają jednak sytuacje odwrotne. Dziecko nie ma siły, a ojciec biega po górach. No cóż tacy na ogól są dzisiejsi "młodzi-starzy".
W dali schronisko nad Morskim Okiem - punkt wyjścia.
W dali Opalony Wierch, a dołem ścieżka która szedłem jeszcze niedawno.

Szczęśliwi na szczycie możemy podziwiać panoramę. Widać wejście na Szpiglasową Przełęcz, potem Opalony, a potem .... - no cóż nie jestem znawcą. Przyznaję się bez bicia.


Siedząc na szczycie zadałem przewodnikowi pytanie: A co będzie jak ktoś będzie bał się schodzić? Otrzymałem odpowiedź, że do tej pory wszyscy zeszli. No cóż - nie upłynęło wiele czasu jak przekonałem się na własnej skórze ja wygląda schodzenie.
Ostatnie spojrzenia na góry ze szczytu .......
.............i czas zacząć schodzenie.
Pomimo wszystko wolę jednak wchodzenie/
Dostałem krótki instruktarz i musiałem samodzielnie zjeżdżać na linie. Nie bałem się wysokości, ale......
..........trzymałem się kurczowo liny - chyba podświadomie - tylko po co - jakby coś stało się to i tak to trzymanie nic by nie pomogło,
..........przed rozpoczęciem zjazdu tłumaczyli mi, że nogi trzymać szeroko, działa jednak prawo pierwszego razu - nogi trzymałem trzymałem za blisko i obróciło mnie. Górka dała mi klapsa po żeberkach i przez następny miesiąc mogłem spać tylko na wznak - prawa strona naderwane ścięgno [rower], a lewa bolała od porządnego klapsa jakiego otrzymałem od Mnicha.

Można się śmiać z tego jak schodziłem - ale to był pierwszy raz w życiu. Idąc do góry nie wiedziałem co mnie czeka. Nauka nie poszła w las - następny zjazd odbył się bezboleśnie.


No cóż przewodnik miał rację - wszyscy zeszli - tylko pozostaje pytanie w jaki sposób i w jakim stylu. Widać to na moim przykładzie - styl rozpaczliwy.

Dalsza wędrówka przebiegała już normalnie. Nie był to już pierwszy raz.

Bolały trochę żeberka. Ale nic nie ma za darmo, a przyjemności i nauka kosztują.
Ja przynajmniej wiedziałem od czego mnie boli, a ilu jest takich co nie wie od czego.
Najtrudniejszy odcinek został pokonany.
Tutaj już chyba linki nie były potrzebne, ale przewodnik nie odpuszczał. 
No cóż przecież on odpowiadał za nas.









Schodzenie na dół - nawet po skałkach - nie jest łatwiejsze od wchodzenia.


Powolutku, powolutku i coraz niżej.
Tam byłem jeszcze niedawno - wchodzi druga grupka. Tą drogą niedawno wchodziłem.


Ostatnie spojrzenia na otaczające góry. Szpiglasowa Przełęcz. Wrota Chałubińskiego. No i Mnich.



Jeszcze raz spojrzenie na Mnicha. Zapamiętam go na długo, a szczególnie pamiętałem przez następne dwa miesiące. Szczególnie rano przy wstawaniu.


Czas wracać - cel dzisiejszej wędrówki oddala się.



Ostatnie spojrzenie na okolice Morskiego Oka. Już nie tak urokliwe jak rano.


Niestety tłum ludzi. A to był wrzesień i kiepska pogoda. A co dzieje się latem przy ładnej pogodzie. Wole nie myśleć.

Tablica poświęcona tym którym zawdzięczamy, że mamy kawałek Tatr, ale czy potrafimy to właściwie wykorzystać i uszanować. Chyba nie. Wystarczy przejść na stronę słowacką.
Żegnaj Mnichu - dziękuję za to, ze pozwoliłeś posmakować mi taternickiej wspinaczki.

Może jeszcze kiedyś spotkamy się. Przecież wchodząc na Ciebie spotkałem starszych od siebie.

Dziękuję Przewodnikowi za to że bezpiecznie wprowadził mnie na Mnicha i pozwolił na bezpieczne zejście. Ludzie narzekają, że usługi przewodnickie są drogie. Tez tak myślałem, ale teraz zmieniłem zdanie. Zapewniają cały sprzęt - to jedno. Ale ponadto dochodzi odpowiedzialność. Przecież wychodzą w góry z osobami których nie znają - nie wiedzą jaką mają sprawność i jak zachowają się w różnych sytuacjach - to wielka niewiadoma, która ich czeka, gdy podejmują się prowadzić w góry nieznane osoby. Za to ich podziwiam.

Brak komentarzy: